Opis obrazka 1
Opis obrazka 2
Opis obrazka 3
Opis obrazka 4
Opis obrazka 5
Start Rozbudowa i rozwój (1950-1990) Elektrownie wodne:Pierwszy prąd

Elektrownie wodne, w które obfitowało Pomorze Zachodnie, ułatwiły powojenny start energetyki. Stanowiły „zaczyn" dla powstawania małych, lokalnych systemów energetycznych. Tak było  z elektrownią Stary Potok, która dała prąd Drawsku, albo z elektrowniami grupy Jastrowia, które zasiliły Wałcz.

Z wojny wyszły - jak pamiętamy - bez większego uszczerbku, niektóre „ignorując" przejście frontu i pracując w najlepsze. Trochę urządzeń wywieźli Rosjanie, ale generalnie nie miało to wpływu na ich zdolność do ruchu. Jeśli był jakiś problem, to dotyczył braku sił technicznych, zdolnych w sposób fachowy prowadzić eksploatację elektrowni wodnych.

Dlatego w początkowym okresie tak ważną, edukacyjną rolę odegrali niemieccy maszyniści i monterzy. Od nich uczyli się fachu pierwsi polscy pracownicy. Niemiec o nazwisku Luks - szef elektrowni Stary Potok (Borowo), zanim wyjechał pod koniec lat czterdziestych, wyszkolił polską załogę. Jednak nie wszędzie tak było.

Czesław Brzeski z elektrowni w Niedalinie, od Niemca maszynisty musiał - jak opowiada - „kupować słowa". Była to raczej bierna nauka, polegająca głównie na podpatrywaniu wykonywanych czynności.


Zgodnie z wyznawaną wówczas zasadą, że należy oddzielać organizacyjnie wytwarzanie od przesyłu i zbytu energii, elektrownie wodne zostały wydzielone i osobno podporządkowane władzom okręgowym energetyki - na równych zasadach z Zakładem Sieci. Podzielono je na „Grupy Elektrowni Wodnych" według kryterium usytuowania.

Pod koniec 1945 roku można już było mówić o odrębnych grupach elektrowni wodnych: Jastrowie, Rosnów, Rejowice i Gucisz. Grupy obejmowały 15 elektrowni, które dysponowały łączną mocą prawie dwukrotnie większą niż elektrownia parowa w Białogardzie (po wywiezieniu trzech turbin przez Rosjan). Dzięki dobrze rozbudowanej sieci i systemom rozdzielczym, po niezbędnych naprawach połączeń, można je było „zsynchronizować do równoległej pracy".

Od strony fachowej, Polacy zastępujący stopniowo Niemców, byli z reguły kompletnie nieprzygotowani. Istniała paląca potrzeba zorganizowania dla elektrowni intelektualno - technicznego zaplecza.

Takie zaplecze udało się stworzyć, dzięki takim ludziom, jak Rein Toke - tu na miejscu, oraz specjalistom z Okręgu i naukowcom m.in. z Politechniki Wrocławskiej. Powołano dyrekcje poszczególnych Grup (później Zespołów), które przejęły bezpośredni nadzór nad pracą podległych im siłowni.

Dyżurnym, obsługującym elektrownie, wpojono zasadę, że w razie pojawienia się problemów, należy je natychmiast zgłaszać przełożonym. Nawet prostymi naprawami zajmowały się wyspecjalizowane ekipy przysyłane z dyrekcji. Funkcje dyżurnych ograniczały się do bieżącej eksploatacji, prostej konserwacji i np. czyszczenia krat z gromadzących się na nich nieczystości.

Dla maszynistów organizowano kursy dokształcające, na których tłumaczono podstawowe zagadnienia związane z utrzymaniem ruchu. Instrukcje obsługi urządzeń elektrowni rozpisywano na zasadzie: „lewą ręką wciśnij to, a prawą pociągnij za tamto...". Tak to też i funkcjonowało później, całe dziesięciolecia - jak twierdzi Wojciech Wachowiak, zawodowo zajmujący się elektrowniami wodnymi.

1 Żarówka z 1912 r
2 Betonowe zastrzyki
3 Koniec elektrowni w Kołobrzegu