Opis obrazka 1
Opis obrazka 2
Opis obrazka 3
Opis obrazka 4
Opis obrazka 5
Start Rozbudowa i rozwój (1950-1990) Elektr. Białogard-dymiąca potęga

„Elektrownia to była potęga... Dymiące kominy ruch, gwar... Patrząc na to, co z niej zostało, trudno w to uwierzyć". Olgierd Wojciechowicz poświęcił jej swoje najlepsze, młodzieńcze lata.

Pozostał sentyment. Również Zdzisław Wudkowski, pracownik fizyczny od 1948 r., a później ostatni kierownik i... likwidator elektrowni na początku lat 60-tych, zachowuje w pamięci tylko dobre wspomnienia.

Józef Cieślak do dziś nie może się pogodzić z jej zamknięciem. Pracował w elektrowni od 1948 r. do samego końca.„To byłdla mnie szok...". Uważa, że za decyzją o likwidacji stały nie względy ekonomiczne (elektrownia przynosiła straty), a intrygi i ludzkie zawiści.

Tak ciepło wspomina ją wielu dawnych pracowników elektrowni. Słuchając tego, co mówią, można odnieść wrażenie, że to był wyjątkowy zakład.

Wyjątkowy, ,,zgraną, rodzinną atmosferą", jak to widzi Wanda Panfil, od 1951 roku zatrudniona w kadrach elektrowni. - Ta atmosfera to zasługa Zygmunta Adamowicza. Bardzo dobry człowiek, uczciwy, rzetelny... On był jak ojciec, wiedział wszystko o wszystkich.

W wigilie przychodził do elektrowni na dyżury i łamał się opłatkiem z obsługą. Na Nowy Rok przynosił szampana...

Aleksander Firmanty w elektrowni w latach 1955-58 (zajmował się zabezpieczeniami i automatyką) również zwraca uwagę na „przyjemny klimat i sympatycznych ludzi", z którymi przyszło mu pracować i „bezkonfliktowość stosunków".

Elektrownia prowadziła rozbudowaną działalność socjalno - rekreacyjną dla własnej załogi. Były imprezy, zabawy - wspomina Wanda Panfil. - Później także wycieczki, zawody sportowe, pikniki...

Wszystko to integrowało jeszcze bardziej tę małą społeczność. Co ciekawe, mimo fizycznej bliskości i służbowych więzów z „sieciowcami" (jedna branża), w sferze pozazawodowej oba zakłady zupełnie się izolowały od siebie.

A nawet „było trochę animozji". Józef Cieślak wyraził to znacznie dobitniej niż W. Panfil: - Zakład Sieci i Elektrownia darły ze sobą koty...

Na pochodach 1. maja Elektrownia szła zawsze w pierwszym szeregu ze sztandarem. I zawsze spiker mówił, że „idzie elektrownia", a sieciowców nie wymieniano. To ich strasznie denerwowało. Uważali się za ważniejszych, bo byli liczniejsi i mieli więcej wykształconej kadry - techników. Takich konfliktów było dużo więcej...

Po fuzji organizacyjnej Zakładu Sieci i Elektrowni w 1958 roku, wspominana z sentymentem przez W.Panfil „rodzinna atmosfera" nieco się popsuła. - Tamci to typowi terenowcy, z luźniejszą dyscypliną, mniej kontaktów po pracy... Trochę inaczej to już wyglądało.

Oficjalnego przekazania elektrowni biało-gardzkiej przez przedstawicieli wojsk rosyjskich stronie polskiej dokonano 2.08.1945 r.

Wówczas jeszcze elektrownia „stała" pracownikami niemieckimi. Szybko jednak malała ich liczba, a rosła pracowników polskich, z reguły zupełnie nieprzygotowanych zawodowo

W końcu zostało tylko dwóch Niemców, z których wręcz niezastąpionym był technik - elektryk Paul Dietel (wyjechał w 1957). Był to wybitny - jak wszyscy twierdzą - fachowiec w swojej dziedzinie. Ciekawa postać-wspomina Ryszard Nowak

- Szanował Polaków, ale się nie fraternizował. Trzymał dystans.... „On wszystko, całą wiedzę o elektrowni miał w głowie"

- twierdzi Henryk Vierek. „Był raczej niedostępny, mówił tylko po niemiecku, ale... gdy wyjeżdżał, przyniósł jakiś likier i odniosłem wrażenie, że świetnie rozumie język polski.

1 Na boczny tor
2 Elita