Opis obrazka 1
Opis obrazka 2
Opis obrazka 3
Opis obrazka 4
Opis obrazka 5
Start Zakład i polityka 13 grudnia 1981

Józefa Grycner i Leokadia RybczyńskaSierpień 1980 roku... W Zakładzie, jak wszędzie, euforia i nadzieje. Ukonstytuowała się Komisja Zakładowa „Solidarność". Załoga masowo wstępowała do nowego związku. Dyskutowano, politykowano, negocjowano z dyrekcją nowe warunki płacowe. Nie odbywało się to jednak kosztem rozluźnienia dyscypliny.

W 1981 roku wystąpiły ogromne trudności aprowizacyjne i zaopatrzeniowe. Bywało, że z braku benzyny nie wyjeżdżały samochody. A potem nadszedł dzień 13 grudnia...
- Byłem wtedy w domu - wspomina Jan Ortmann (RE Szczecinek). - Około ósmej zapukał kierownik RDR. „Ty, wojna... stan wojenny jest... Jaruzelski ogłosił". Poszedłem do pracy. Skontaktowałem się z Koszalinem. Potem Syga mówi: „pojedź do Piotra Kuli (szef Solidarności) i powiedz mu, że nie będzie internowany". Pojechałem, a tam, jak zobaczyli samochód, to tylko firanka się poruszyła i... cisza. Dopiero jak zawołałem, wyszedł bardzo przestraszony.

W poniedziałek rano wezwano mnie do Ratusza. Tam odprawa energetyki, gazowni, komunalników itp. Oczekują, że sieć będzie pracowała normalnie, zwłaszcza, że w pobliżu koszary polskie i rosyjskie. W pierwszych dniach spokojnie, z tym, że kupę radiotelefonów odwoziłem na milicję, a potem... odbierałem..
W dyrekcji w Koszalinie ludzie jak stado mrówek się zachowywali-opowiada Wanda Panfil, kadrowa. - Nikt  nie wiedział o co chodzi. Jacyś oficerowie wpadali do Zakładu i do gabinetu dyrektora... Nieprzyjemne wrażenie...
Wezwano mnie raniutko w poniedziałek -wspomina Henryk Vierek (RE Białogard). -Zaczęło się od milicji. Dano mi przepustkę, żebym mógł się poruszać samochodem i talony na benzynę. Rozmawiał ze mną wojskowy polski i jakiś rosyjski oficer. Ten ostatni wydawał się ważniejszy... Następnego dnia już Rosjanina nie było, a ten wojskowy Polak zrobił wykład, że wojsko ma mieć energię, choćby nie wiem co... Chodziło mu o Smardzko pod Świdwinem... On sobie nie zdawał sprawy, że to także kwestie losowe... Miał prąd płynąć i koniec... Wojskowe obiekty - priorytet bezwzględny... Gdyby awaria była, pewnie by się sądem skończyło.

Wanda Panfil

Dostałem wytyczne, co jest najważniejsze. A „towarzysze" jakby wycichli zupełnie... Partia nie miała już znaczenia, rządziło jednak wojsko... Potem przydzielili jakiegoś normalniejszego wojskowego, z nim już się dało jakoś współpracować.
Michał Witczak (ZDR w Koszalinie) -Podwójne dyżury były. Raz się pokazali u nas panowie w mundurach, ale nie przesiadywali... Natomiast w Dunowie cały pododdział postawili. Miałem tam utarczkę z jednym porucznikiem, bo wciąż zajmował linie wydzwaniając do jakiejś pani. Po jakimś czasie, dali nam jeden miejski numer. Radiotelefony zabrali wszystkie. Potem się dziwili, że jak gdzieś światła nie było, to nie było jak wysłać monterów....
Poderwano mnie z łóżka około 23.00 w sobotę 12 grudnia - opowiada Czesław Żukowski (RE Drawsko).
Dzwonił dyżurny RDR, że nie ma łączności z ZDR w Koszalinie. Tylko radiową. Patrzę przez okno, śnieżek pada, spokojnie, to polazłem spać.... Po chwili z Koszalina z dyrekcji dzwonią via milicja, że mam się stawić w RDR. Ubrałem się i idę, a tam nic, spokój i cisza.. Około 3-4 dzwoni Samusz, tajemniczo pyta, czy mam łączność w domu... Mam, mówię... Myślałem, że jakieś strajki... A Samusz: weź radiotelefon do domu... Ledwie spać poszedłem, znów telefon z RDR i dyżurny mówi: włącz radio... No i wtedy Jaruzelski i wszystko jasne...

Potem narada w Urzędzie Miasta, mundury, dyspozycje... Dostałem przepustki i talony na benzynę i... opiekuna z bezpieki ze Szczecinka. Byliśmy obserwowani, bo w Rejonie była silna "Solidarność".
- Przyszło polecenie zlikwidowania radio-łączności - wspomina łącznościowiec, Andrzej Rostek. - Ale dyr. Syga się postawił i polecenia nie wykonano. Byty odwołania, PAR, milicja... Po 10 dniach ostre polecenie: wszystkie radiotelefony zwieźć do Koszalina i złożyć w jednym miejscu, zaplombowane i pilnowane...Dwa dni były „aresztowane". Potem je oddali....

- Leokadia Rybczyńska (sekretarz Komisji Zakładowej „Solidarności"): - Zaskoczenie i szok. Gdy w poniedziałek rano przyszłam do pracy, zauważyłam ślady rewizji w biurku. W Zakładzie zjawiła się milicja, chcieli zatrzymać funkcyjnych „Solidarności". Z tego co wiem, dyrektor Syga wstawił się zanami, dał jakieś poręczenie... Natychmiast pozamykano na kłódkę maszyny do pisania, zaczęło się liczenie kalek i przebitek... Dziś to śmieszy, ale wtedy nie było nam do śmiechu. Zamknięto również radiowęzeł. Związek przeszedł do podziemia, a nasza działalność polegała wówczas na cichych kontaktach, kolportażu ulotek i dostarczaniu paczek kanałami energetycznymi (obsługa monterska) do obozu internowanych w okolicach Drawska. Niektórych działaczy ciągano po milicjach, jakieś rozmowy, przesłuchania, naciski.