Opis obrazka 1
Opis obrazka 2
Opis obrazka 3
Opis obrazka 4
Opis obrazka 5
Start O BHP w pracy Splot okoliczności

Czesław KudryckiW stacji napowietrznej, w której zbiegały się linie 110 kV z Białogardu i Sławna, stały dwa transformatory 110/15 kV. Każdy z nich połączony był z rozdzielnią w budynku dwoma kablami spiętymi na obu końcach, tzn. przy transformatorze i w rozdzielni - czyli razem 4 kable energetyczne.

Jeden transformator pełnił funkcje rezerwowego. Wszystkie kable ułożone były w jednym kanale prowadzącym przez dziedziniec kompleksu budynków Dyrekcji. Dzień przed awarią zauważono zakłócenia w pracy stacji. W dniu awarii przeprowadzono badania i okazało się, że jeden z kabli jest uszkodzony. Drugi transformator pracował bez zarzutu, ten z uszkodzonym kablem był w rezerwie. Uznano, że przejściowo można poprzestać na jednym kablu, tym bardziej, że to i tak układ dublujący. Końcówki wadliwego kabla odpięto i odizolowano.

W rozdzielni zakręcono go drutem i aby nie przeszkadzał zawieszono na ogrodzeniu siatkowym celki. Również po stronie transformatora końcówkę wadliwego kabla zabezpieczono. Teraz pozostało tylko podłączenie końców kabla sprawnego z jednej strony w rozdzielni i z drugiej do transformatora. Błąd polegał na tym, że pomylono końcówki i kable. W efekcie, z jednej strony podpięty był kabel sprawny, z drugiej - wadliwy. Kiedy na próbę włączono transformator, prąd popłynął kablem, którego druga końcówka zawieszona była na ogrodzeniu celki w rozdzielni.

Prąd o napięciu 15 tys. volt rozpoczął dzieło zniszczenia. To był ten etap błędu człowieka.
Teoretycznie winny w tym momencie zadziałać zabezpieczenia i automatycznie odciąć napięcie. Tak się jednak nie stało, bowiem -tu etap złego stanu urządzeń i wad projektowych - z powodu m.in. złego uziemienia prąd zwarciowy wrócił do transformatora pancerzami kabli i kablami sterującymi zabezpieczeniami (wszystkie w jednym kanale), paląc je i topiąc.
Koszalin pozbawiony był prądu, milicja i „bezpieczeństwo" szalały węsząc sabotaż, całe wyposażenie rozdzielni poszło z dymem... Trzeba było podjąć szybkie decyzje, co dalej...

Wczesnym rankiem po awarii zjawili się w Koszalinie inżynierowie z Północnego Okręgu Energetycznego z Bydgoszczy z Francjszek Grynkiewiczdyrektorem Ogonowskim. Zarządzono natychmiast alert w całym Okręgu. Zewsząd ściągano niezbędne materiały, kable, oprzyrządowanie...

Tymczasem na miejscu już wieczorem 29 maja rozpoczął się demontaż i uprzątanie tego, co spalone. Powyciągano ludzi z łóżek i rozpoczęła się mordercza walka z czasem. - W nocy przywieźli kable - wspomina Władysław May. -Po uprzątnięciu rozdzielni zaczęliśmy je od nowa układać. Nie mieliśmy żadnej dokumentacji, ale ja znałem tę rozdzielnię, więc dyktowałem co i gdzie układać i jak łączyć. Kiedy przyjechali szefowie Okręgu z Bydgoszczy byli zaskoczeni tym co zobaczyli. Nie mogli pojąć, że bez dokumentacji tak prawidłowo zostało odtworzone ułożenie kabli.

Później doceniono zasługi Władysława Maya przy odbudowie rozdzielni. Na wniosek władz Okręgu przeniesiono go z Rejonu do Dyrekcji Zakładu i awansowano.
Naprędce opracowano dokumentację układu rozdzielni. - Harowaliśmy non stop, całą noc i cały następny dzień - wspomina Czesław Kudrycki. - Wieczorem rozdzielnia prowizorycznie była przygotowana. Podłączono na razie jeden transformator i Koszalin dostał światło.

Starty były pokaźne. Całą dobę wyłączone były z ruchu zakłady przemysłowe. Psuła się żywność w nieczynnych zamrażarkach i lodówkach. Michał Witczak słyszał o tym, że na ulicach miasta rozdawano rozmrożone lody i kurczaki. Lecz mimo strat, paradoksalnie, ta awaria miała i pozytywne konsekwencje. Przede wszystkim zwróciła uwagę na kwestię „pewności zasilania". Pokazała, czym grozi brak rezerwowych źródeł energii. Bo dotąd, właściwie cały prąd przeznaczony dla Koszalina przechodził przez wąskie gardło rozdzielni przy ulicy Morskiej i dwóch transformatorów sąsiedniej stacji. Należało szybko zdublować to przejście. Podjęto budowę nowej stacji transformatorowej i rozdzielni przy dzisiejszej ulicy Połczyńskiej. GPZ „Bieruta" (dzisiaj GPZ Południe)  oddano do użytku w 1971 r. W międzyczasie dokonano też prowizorycznego „zejścia z linii" 110 kV do stacji trafo przy ul. BoWiD (GPZ „Przemysłowy").

Po tych inwestycjach, z punktu widzenia „pewności zasilania", Koszalin stał się miastem bezpiecznym. Dziś w mieście pracuje pięć GPZ-etów.
Innym pozytywnym skutkiem awarii było dobitne uświadomienie wszystkim wpływu stanu technicznego urządzeń i rozwiązań projektowych na bezpieczeństwo eksploatacji. Na przykład, wiadomo już było, że błędnym rozwiązaniem było ułożenie w jednym kanale kabli energetycznych i przewodów sterujących. Okazało się też, że zabezpieczenia przy transformatorach wymagają pilnego usprawnienia.
W końcu też, awaria uzmysłowiła czynnikom decyzyjnym w Okręgu konieczność dofinansowania i doinwestowania koszalińskiego ZE. Pojawiły się więc pieniądze.