Opis obrazka 1
Opis obrazka 2
Opis obrazka 3
Opis obrazka 4
Opis obrazka 5
Start O BHP w pracy Kochać słup energetyczny

Złamany słup linii 15 kVChoć największym zagrożeniem w energetyce jest siła samego prądu, to sporo zagrożeń wiąże się z pracami na wysokości i obsługą sprzętu. Najczęstszą przyczyną wypadków była nieostrożność, niekiedy brawura, ale też rutyna, pośpiech i niefrasobliwość.

O takim przypadku nieodpowiedzialności, niemalże zakończonym tragicznie, opowiada Piotr Bindas: - Byłem operatorem podnośnika, monter pracował w koszu na wysokości. Obecnie podnośniki mają sterowanie na dole, ale wówczas ruchami kosza kierował tam na górze sam monter. I on naciągając linię energetyczną, zamiast użyć wielokrążka, posłużył się samym koszem. A długi wysięgnik kosza to dość delikatna rzecz, zwłaszcza w miejscu łączeń i takie łączenie przez jego manewry zostało uszkodzone... Kosz zaczął się walić w dół, samochód niebezpiecznie przechylać... Spociłem się ze strachu... W ostatnim momencie zablokowałem opadający kosz... Montera musiałem ściągać awaryjnie...

- Człowiek z lękiem wysokości nie ma u nas szans - twierdzi Zdzisław Czachorowski (w energetyce od 1957 roku, pracował m.in. na podnośnikach). - Był u nas kierowca, co już na trzech metrach w koszu wołał, żeby go opuścić, bo mu się w głowie kręci... Ja nie miałem takich problemów, ale już pod koniec, przed przejściem na emeryturę miałem obawy... Na podnośniku bujało, już lekki wiaterek powodował chybotanie. Miałem kiedyś taki przechył podnośnika, że o mało wszystko się nie wywaliło... Jakieś gwałtowne zawirowanie powietrza powstało, i tylko drzewo, o które oparł się kosz zatrzymało upadek.

Jacek Zawadzki, długoletni szef Rejonu Energetycznego Koszalin, ludzi z lękiem wysokości nazywa żartobliwie: „kochający słupy", bo ledwie wejdą na słup, przywierają do niego i kurczowo obejmują. -Z tym lękiem to różnie bywa. W Szczecinku był monter, który potrafił na szczycie słupa śniadanie jeść. Ale po ośmiu latach pracy nie mógł już na żaden słup wejść. Coś się w głowie przestawiło, bał się... Kiedyś pamiętam dość zabawną sytuację, gdy wysoko postawione osoby w energetyce zdawały taki okresowy egzamin. Trzeba było m.in. wejść na słup energetyczny... Z reguły już na 2 metrze ci panowie „kochali słupy"...

Tenże Jacek Zawadzki przytacza przykład wyjątkowo groźnego sposobu myślenia, groźniejszego od rutyny, niefrasobliwości czy nieostrożności, skądinąd bardzo niebezpiecznych przypadłości w pracy energetyków. Mowa o kompletnym niezrozumieniu kwestii bezpieczeństwa pracy: - Dzwoni do mnie kiedyś dyrektor Syga - chyba był to sam początek lat siedemdziesiątych, wrócił właśnie z terenu i mówi: „słuchaj, zwolnij takiego a takiego pracownika, bo on gołą ręką wymieniał bezpieczniki". Ja wzywam tego montera i pytam, jak to było i dlaczego w ten sposób to robił. A on na to: „gdybym wiedział, że dyrektor Syga przyjedzie, to bym pięć uziemiaczy założył"... Powalająca argumentacja, szczyt bezmyślności...

Niekiedy na błąd człowieka nakładał się niekorzystny splot okoliczności i dochodziło do tragedii - tak się zdarzyło w latach osiemdziesiątych w Śmiechowie. Brygada pracowała na linii 15 kV, prąd był wyłączony, uziemienie prawidłowo założone. Kiedy pracę skończono, zdjęto uziemienia, ale wtedy jeden z monterów coś tam chciał poprawić, dokręcić, może odgromnik był krzywo... Sięgnął ręką i został porażony prądem, którego... nie było. Spadł ze słupa i zginął. Okazało się potem, że prąd pochodził z agregatu prądotwórczego w pobliskim PGR. Tam, kiedy zabrakło energii z sieci, włączono agregat i prąd powędrował niejako wstecznie przez trafo 15/0,4 kV, które podniosło jego napięcie do 15 kV, do linii, na której pracowali monterzy. Póki były uziemiacze, nic się nie działo. Potem tragedia...

Do kwestii bezpieczeństwa pracy przywiązuje się w ZE-Koszalin ogromną wagę, choć nie zawsze tak było. Józef Cieślak wspominając lata 50-te w elektrowni białogardzkiej twierdzi, że wówczas nikt o czymś takim jak BHP nie słyszał. Co dziwniejsze, mimo to akurat w elektrowni białogardzkiej nie było poważniejszych wypadków. Dużo gorzej sprawa przedstawiała się, gdy chodzi o pracę na sieci i urządzeniach jej towarzyszących. Było sporo śmiertelnych wypadków, z czasem jednak ich liczba malała. Powstały służby BHP pilnujące, by każdy pracownik okresowo szkolił się w zasadach bezpiecznej pracy. Nadeszła też zmiana pokoleniowa, coraz więcej zatrudniano młodych ludzi po szkołach zawodowych, a tam BHP było w programie nauki. Starym pracownikom nikt takiej wiedzy nie przekazywał.