Opis obrazka 1
Opis obrazka 2
Opis obrazka 3
Opis obrazka 4
Opis obrazka 5
Start O BHP w pracy Saper myli się tylko raz..

Tadeusz Ławrynowicz Tadeusz Majchrzak (1962r Koszalin k/winiarni Raduszka ul. Okrzei)Mówią, że saper myli się tylko raz. W energetyce pomyłek zdarza się więcej, bo na szczęście nie każda kończy się tragicznie. Niektóre uczą, wychowują, zapadają głęboko w pamięć, stanowiąc swego rodzaju memento. Czesław Żukowski, w energetyce od 1962 roku, a od ponad 20 lat szef RE Drawsko, na początku swej kariery zawodowej popełnił błąd, który - jak twierdzi - miał zbawienny wpływ na jego dalsze losy jako energetyka.

- Szokujące przeżycie... Bogu dziękuję, że skończyło się bez ofiar. Siedziałem w rozdzielni w Drawsku. Dyżurnej akurat nie było, gdy przyjechał brygadzista brygady sieciowej i mówi, żebym wyłączył jedną z linii, bo coś tam będą naprawiać. W rozdzielni zbiegały się dwie i ja zamiast tej właściwej, wyłączyłem drugą... Myślałem „geograficznie", że ta linia z tej strony przychodzi, a tamta z drugiej, tymczasem akurat podłączone były odwrotnie... Za mną stał doświadczony brygadzista, który też się nie zorientował... że linia jest pod napięciem, wyszło, gdy monterzy zaczęli zakładać uziemiacze i pojawiło się iskrzenie... Skończyło się dobrze, bo stosowali zasady BHP. Tyle lat minęło, a to zdarzenie wciąż mi siedzi w głowie. Zostałem raz na zawsze uczulony na kwestie bezpieczeństwa...

Tego typu błąd to zawsze głębokie przeżycie psychiczne - najpierw szok, a potem długotrwały stres. Kazimierz Ławrynowicz (w energetyce od końca lat czterdziestych) wspomina dwa takie przypadki - w pierwszym mógł stać się ofiarą tragedii, w drugim, jej sprawcą. - To było w latach pięćdziesiątych. Wyłączyłem linię, zamknąłem wszystko na kłódkę, żeby nikt się nie włamał i wywiesiłem kartkę, że: „nie włączać, bo ludzie na linii pracują". Pojechałem na miejsce roboty, zarzuciłem na przewody uziemienia, wlazłem na słup i zacząłem pracę. Gdy skończyłem, nie mogłem zrzucić uziemiaczy... Okazało się, że były przyspawane do przewodów, a to oznaczało, że gdy ja tam na górze pracowałem, ktoś włączył napięcie 15 kV. Przez moment, zanim się awaryjnie linia nie wyłączyła, moje życie było zagrożone. Gdyby nie dobrze założone uziemienie, nie byłoby mnie na tym świecie.Czesław Żukowski

Wstrząśnięty tym, co mnie spotkało, pojechałem rowerem do wyłącznika. Kłódka wyłamana, papierek z „nie włączać" gdzieś w polu... Później wyszło, że to monter z działu Zbytu Energii przyjechał, coś tam wymieniał i miał sprawdzić, jak działa pod napięciem... Pytali go dlaczego to zrobił, dlaczego włączył wiedząc, że ludzie pracują na linii, odpowiedział, że nie wie...
Druga sytuacja, to moja pomyłka. Byłem zmęczony po nocnym usuwaniu uszkodzeń. Na słupach leciały dwie linie 15 kV, jedna miała awarię, drugą kazałem wyłączyć, ale zapomniałem o tzw. napięciu zwrotnym. Jeden z moich monterów wchodzi na słup, jest coraz wyżej... Coś mnie tknęło, więc mówię do niego: „nie dotykaj linii, złaź!"... Przypomniałem sobie o tym zwrotnym... Czułem się strasznie, naraziłem człowieka. Potem natychmiast wziąłem urlop i pojechałem odpocząć i odreagować...

Szok po przeżytym wypadku spowodował u Anatola Kowalewskiego trwałą niezdolność do pracy na urządzeniach energetycznych. - Niechcący spowodowałem zwarcie w rozdzielni. Ja fizycznie nie ucierpiałem, ale znaczne szkody były w urządzeniach. Ten wstrząs spowodował, że siadłem w fotelu zacząłem dygotać. Od tego czasu mam niesprawną rękę, tak silne to było przeżycie. Już nie wróciłem do pracy na sieci, przeszedłem do biura.

Równie ciężko przeżywają energetycy wypadki swoich kolegów.

Dla Edwarda Szynkiewicza z RE Szczecinek, takie przeżycia były powodem jego przedwczesnego przejścia na emeryturę. -Trudno to wszystko znosiłem... Szczególnie dwa wydarzenia kazały mi się zastanowić nad sensem dalszej pracy w tym niebezpiecznym zawodzie. Pierwsze miało miejsce koło Jastrowia na linii 40 kV. Tam jakiś izolator był uszkodzony i pojechaliśmy go wymienić. Byłem brygadzistą. Jeden z moich ludzi wszedł na słup, korzystał przy tym z pięciu drabinek, które wchodząc sukcesywnie zawieszał. Cały czas przypięty był pasem do słupa. Zrobił swoje i zaczął schodzić, zdejmując te drabinki po kolei. Ale był trochę za pochopny, odważny, brawurowy. Gdy stał już na ostatniej, najbliższej ziemi drabince i zdejmował przedostatnią, już się nie przypiął pasem. Drabinka się odchyliła i nieszczęśnik runął na ziemię łamiąc żebra i obojczyk... Cudem tylko nie upadł na betonowy kołpak, a na ziemię... Wyszedł z tego, ale cała ta sytuacja bardzo mnie przygnębiła.

W dodatku, jako odpowiedzialny za swoich ludzi brygadzista, dostałem w pracy upomnienie...
Drugi wypadek zdarzył się na naszym terenie w stacji 15 kV w Parsęcku. Trzej monterzy pojechali tam na prace porządkowe. Z jednej strony otworzyli odłącznik, z drugiej - nie wiadomo dlaczego - nie wyłączyli linii. Może liczyli, że nie ma napięcia... Jeden wziął miotełkę do ręki, machnął... powstał łuk elektryczny i spaliło go... Tego już było dla mnie za wiele...