Opis obrazka 1
Opis obrazka 2
Opis obrazka 3
Opis obrazka 4
Opis obrazka 5
Start Służby Ruchu Od kartki papieru do telemechaniki

Emil StruckiZakładowa Dyspozycja Ruchu powstawała ewolucyjnie na początku lat pięćdziesiątych, wedle jednolitego wzoru w całej energetyce.

Do Zakładu przyszedłem w 1951 roku z nakazu pracy, po ukończeniu Liceum Energetycznego w Gdańsku - wspomina Stanisław Cisłak. - Wtedy jeszcze nie było czegoś, co można by nazwać „dyspozycją mocy". Kadra techniczna, a więc Klimczak, Hanczewski, Samulski i inni, pełnili pogotowie domowe. Gdy była nagła potrzeba, to dzwoniono do nich i oni decydowali, zrobić tak, lub owak.

Kiedy przyszedłem, zrobili mnie pierwszym stałym dyspozytorem ruchu. Nikt poza mną się tym nie zajmował, jeśli nie liczyć tego pogotowia domowego kadry. Dyżurowałem w godzinach pracy „do piętnastej", a potem szedłem do domu. Miałem biurko i telefon za całe wyposażenie.

Wydawałem telefonicznie polecenia włączeń i wyłączeń, kiedy były awarie i wyskakiwały linie... Później doszło kilka osób i dyżury pełnione były całą dobę na zmiany. Dostaliśmy stół dyspozytorski i kilka linii telefonicznych.Na biurku mieliśmy „ściągę" - schemat sieci energetycznej narysowany na kartce papieru.

Kiedy zaczynałem pracę w dyspozycji w 1953 roku, była to już służba całodobowa
opowiada Emil Strucki. - Stała się taką pod koniec 1952 roku. Bardzo lubiłem tę pracę, ten ciągły ruch. Człowiek się nie nudził. Zwłaszcza gdy były burze, opady...
Antoni Jędral prawie całą swoją karierę zawodową związał z dyspozycja ruchu.
Andrzej Rostek

Kiedy tam przyszedłem w 1954 roku, był kierownik i czterech dyżurnych. By łatwiej orientować się w układzie sieci, zrobiliśmy z dykty makietę. Była pomalowana na zielono, a na tym narysowaliśmy schemat linii i stacji. Potem dorobiliśmy instalację i podłączyliśmy żarówki-taka świetlna sygnalizacja.

Dyżurny miał władzę, ale i ponosił dużą odpowiedzialność. Wydawał polecenia rozdzielniom, decydował o wyłączeniach linii. Narzędziem pracy była łącznica telefoniczna na sznurki i linie dzierżawione od poczty.

Andrzej Rostek podjął pracę w Zakładzie w 1955 roku. Od samego początku zajmował się sprawami łączności. - Wiatach pięćdziesiątych łączność była prymitywna, oparta jeszcze o urządzenia poniemieckie - telefony, centra/e itd... Linii dzierżawionych było niewiele.

Wszystkie połączenia z placówkami terenowymi odbywały się za pośrednictwem poczty. Jak pamiętam, w 1955 roku dyspozycja ruchu korzystała z poniemieckiej centralki telefonicznej klapkowej 20-numerowej, ale linii było kilka. Później wymieniono tę centralę na pojemniejszą, już wyprodukowaną w Polsce.

Była to centrala klapkowo - sznurowa, umożliwiająca prowadzenie telekonferencji, łączenie abonentów, np. Okręg w Poznaniu z elektrownią w Białogardzie. Następnie, chyba około 1960 roku, zainstalowano łącznicę dyspozytorską (producent: Zakłady w Cieszynie) 12-numerową (10 bezpośrednich i 2 miejskie). Była to łącznica bezsznurowa na klucze przechylne. Miała m.in. opcje te-lekonferencje i głośnomówiące.Stanisław Cisłak

Dwa lata później, jeszcze przed przenosinami do Koszalina, sprowadzono do ZDR dwustanowiskowy stół dyspozytorski z większą ilością linii bezpośrednich. Z dwóch stanowisk można było prowadzić niezależnie rozmowy telefoniczne. Był tam też magnetofon „Melodia" do nagrywania rozmów, z tym, że nie automatycznie. To dyżurny decydował, które rozmowy będą nagrywane.

Najbardziej złożonym przedsięwzięciem w ramach przenosin dyrekcji ZE z Białogardu do Koszalina w 1964 roku, była przeprowadzka ZDR-u. Głównie z powodu specyfiki pracy - w ruchu ciągłym, ale też stopnia komplikacji całego zaplecza technicznego dyspozycji - łączy telefonicznych, oprzyrządowania stołu dyspozytorskiego itp. Przeprowadzkę poprzedziły skrupulatne przygotowania.

W Koszalinie ZDR-owi wyznaczono miejsce na poddaszu starej rozdzielni (obok budynku dyrekcji) przy ulicy Morskiej. Podciągnięto linie telefoniczne, przygotowano całą infrastrukturę techniczną dyspozycji, przeprowadzono próby łączności. Nadzór nad przenosinami ZDR powierzono Antoniemu Jędralowi:

Kiedy wszystko było przygotowane, mogliśmy się przeprowadzać. Musiało się to odbyć szybko, by zachować ciągłość pracy dyspozycji. Wyznaczeni dyżurni czuwali w Białogardzie i Koszalinie. Przetransportowanie stołu dyspozytorskiego zajęło dziesięć godzin. Do nowej siedziby dostarczono go dźwigiem przez okno.

W tym czasie pracę w ZDR rozpoczynał Aleksy Weltrowski. - W dyspozycji znalazłem się z polecenia służbowego. Nie miałem wyboru. Chętnych nie było, bo praca na zmiany, a ja jeszcze dojeżdżałem. No i ten nieustanny stres. Przed południem jeszcze można było coś skonsultować, bo ludzie byli w pracy, ale po południu byliśmy zdani na siebie. Jak brakowało zasilania, to często pojawiali się u nas panowie w prochowcach z wiadomej instytucji. Przyglądali się podejrzliwie, wypytywali.