Opis obrazka 1
Opis obrazka 2
Opis obrazka 3
Opis obrazka 4
Opis obrazka 5
Start Rozbudowa i rozwój (1950-1990) Sieci,Rozdzielnie,GPZ-ty Koszalin w pętli linii 110 kV

Henryk Adamski, Leon Wielgus, Czesław SiotkinZanim przeizolowano linię 40 kV z Białogardu na „studziesiątkę", cały Koszalin - jak twierdzi Antoni Jędral - zasilany był trzema „piętnastkami" wyprowadzonymi z rozdzielni przy ulicy Morskiej.

Miasto się rozwijało, wzrastały obciążenia i niezbędna stała się rozbudowa stacji. Pod koniec lat sześćdziesiątych takich „piętnastek" wychodziło z rozdzielni przy GPZ „Morska" już kilkanaście. Wydawało się, że dwa transformatory 110/15 kV (jeden rezerwowy) i sprzężona z nimi rozdzielnia są wystarczającym zabezpieczeniem dla miasta.

O tym, że jest inaczej przekonano się w maju 1969 roku, gdy pożar rozdzielni pozbawił Koszalin na dwa dni prądu (o awarii z 1969 roku piszemy w innym miejscu). Przeprowadzona z wielką ofiarnością naprawa rozdzielni przywróciła stan sprzed katastrofy, ale nie rozwiązała problemu „pewności zasilania" miasta

Stało się jasne, że „Morska" jako źródło dostaw energii dla Koszalina nie wystarczy. - Trzeba było budować nowe „gepezety", to byfo oczywiste - mówi Jacek Zawadzki (od 1969 roku kierownik Rejonu Energetycznego Koszalin).

W latach 1971-72 uruchomiliśmy dwa nowe punkty oparcia dla miasta: GPZ „Przemysłowy" - to było wtedy prowizoryczne zejście z linii 110 kV, i GPZ „Południe" - wówczas znany pod nazwą „Bieruta".

- Kiedy przyszedłem do pracy w Zakładzie, GPZ „Bieruta" był na ukończeniu - wspomina Edward Czaja (Wydział Rozwoju). -Zajmowałem się między innymi uzgadnianiem lokalizacji nowych „gepezetów". Gdy chodzi o Koszalin, była to wówczas kwestia paląca. „Przemysłowy" zlokalizowany został w środku dzielnicy przemysłowej. Taka zresztą była zasada przy lokalizacjach - jak najbliżej odbiorcy. Im bliżej „gepezetu" tym krótsza linia, mniejszy koszt, większa pewność zasilania... Co do „Bieruta" (dziś GPZ „Południe"), to miała tam powstać duża dzielnica mieszkaniowa.

Poza tym, ten GPZ obsługuje całe południe powiatu koszalińskiego. Czwarty koszaliński GPZ-„Północ", zbudowany został później, w 1979 roku, bowiem dopiero w latach siedemdziesiątych ten rejon miasta zaczął się bardzo dynamicznie rozwijać. Tu zlokalizowano największe osiedla mieszkaniowe. Miał więc Koszalin już cztery „gepezety". Potem doszło jeszcze powiązanie z Dunowem i nowe możliwości.

Od około 1983 roku, po połączeniu liniami 110 kV wszystkich „gepezetów", wypracowany został w obrębie Koszalina bezpieczny model sieci, ze sporymi rezerwami zasilania. Na swoją kolej czekała teraz sieć miejska.
- Zabraliśmy się za nią, bo były problemy
- wspomina Jacek Zawadzki. - Wszystko przez jakieś oszczędne projekty i idiotyczne normy co do przekrojów kabli 15 kV i 0,4 kV. Kiedy byfo ciepło, działało to nieźle. Ale gdy w zimie ludzie włączali piecyki, to kable się paliły. Za rzadko też rozrzucone były stacje. Jak „walnęło" coś, to pół miasta było bez prądu. Trzeba było to zagęścić, skrócić ciągi linii, zbudować nowe rozdzielnie sieciowe 15 KV, by obwody nie były za długie. I to wszystko cafe lata robiliśmy. Efekty są widoczne chyba dla każdego.

Wydział Rozwoju, na którego czele stał Edward Czaja, zajmował się m.in. strategicznym planowaniem układu energetycznego na terenie ZE-Koszalin.-Rozwój wiąże się z przyłączeniami - mówi E.Czaja. - Bilansowano ich roczne przyrosty, zbierano informacje z najróżniejszych źródeł o trendach w budownictwie mieszkaniowym czy przemysłowym, i w oparciu o nie ustalane były plany pięcioletnie. Na tej podstawie powstawały na przykład koncepcje układu sieci i rozdzielni.

A oto przykłady zaplanowanych i zrealizowanych w ZE-Koszalin przedsięwzięć inwestycyjnych, opartych o strategiczną prognozę rozwoju regionu. Pierwszy, to „zasilanie pasa nadmorskiego". Do początku lat osiemdziesiątych, kiedy to zbudowano GPZ w Darłowie (1981 r.), w całym pasie nadmorskim istniały tylko „gepezety" koszalińskie i jeden w Kołobrzegu.Przewidywany rozwój turystyki i budownictwa wczasowego wymagał rozwinięcia sieci i stworzenia nowych punktów zasilania.

E.Czaja: - Tu były nieco inne wymogi. Trzeba było zapewnić możliwości rozbudowy i pozostawić większe rezerwy. Robiliśmy koncepcje sieci dla większych miejscowości nadmorskich, projekty dostosowań sieci, poprawy parametrów. I to zostało zrealizowane.

Powstały m.in. GPZ-y w Darłowie i Ustroniu Morskim (1989 r.). Całą sprawę ułatwiło oczywiście Dunowo (stacja 400/110 kV), skąd pociągnięto linie 110 kV do Darłowa, Ustki i Słupska.

Nie znaczy to oczywiście, że taki np. GPZ Ustronie Morskie budowano tylko pod rozwój turystyki. Był on także odpowiedzią na potrzeby rolnictwa, wojska itp.

Potrzeby rolnictwa w dużej mierze wpłynęły na budowę GPZ-u w Świdwinie. Tamten rejon obfitował w wielkotowarowe gospodarstwa, kombinaty rolne, fermy trzody... Natomiast GPZ Silnowo (1985 r.) to głównie oczekiwania wojska i kolei (zasilanie trakcji kolejowej).

Ale też trzeba sobie powiedzieć, że gdyby tych oczekiwań nie było, to i tak, w Silnowie prędzej czy później taki„gepezet" musiałby powstać...

Tadusz Żyliński (od 1974 r. w ZE) nadzorował budowy wielu linii i gepezetów. - Odbiór takiego obiektu, to była zawsze pompa.

Najpierw sprawy techniczne, próbne załączenie i papiery, a potem część nieoficjalna, na ogół w jakimś lokalu wynajmowanym na tę okoliczność.

Szczególnie „słowiańską" oprawę miały odbiory inwestycji na styku ze skoszarowanymi na naszym terenie wojskami rosyjskimi. Byliśmy na odbiorze linii 15 kV z GPZ Silnowo do jednostki rosyjskiej w Bornem Sulinowie. Rosjanie zorganizowali bankiecik, a my wracając stamtąd zatrzymaliśmy się w przydrożnej restauracji na „dokończenie odbioru". Posiedzieliśmy trochę, a w międzyczasie jeden nasz kolega zasnął.

Na koniec wzięliśmy go pod pachę i wsadziliśmy do naszego samochodu. Kierowca dostał butelkę alkoholu, by sobie schował i uczcił odbiór po pracy, w domu. Trzymał ją w wewnętrznej kieszeni kurtki.

Traf chciał, że zanim ruszyliśmy napatoczył się milicjant. Powąchał Bogu ducha winnego kierowcę, zobaczył tę nieszczęsną butelkę i nas „zaaresztował". Wsadził, razem z tym naszym śpiącym kolegą, do radiowozu i na sygnale pognaliśmy do Szczecinka.

Nigdy nie zapomnę miny kolegi, gdy się w tym radiowozie obudził i rozejrzał wokół... Wyrażała tak intensywne zdumienie i kompletną dezorientację, że do dziś, wspominając te sytuację, pokładamy się ze śmiechu...

Józef Cieślak również spędził sporo lat w Wydziale Inwestycji jako inspektor nadzoru. Pracę jednak rozpoczął wcześniej niż Tadusz Żyliński.

- Chciałem poszerzyć horyzonty, poznać nowe rzeczy, dlatego złożyłem podanie o przejście do Inwestycji - wspomina J.Cieślak. - Kierownikiem działu był wówczas Joachim Hanczewski, a zastępcą Henryk Nowosad. Byłem jednym z kierowników robót. Podlegały mi brygady budowlane. Załatwiałem im kwatery, dostarczałem materiały, sprzęt... Początkowo demontowaliśmy zgniłe słupy drewniane, a w ich miejsce stawialiśmy w miarę dobre z likwidowanych linii. Później nadszedł czas na betonowe szczudła, w których osadzało się drewniane słupy.

Potem już tylko słupy betonowe. One często się łamały, także w czasie montażu. Chłopi się z nas śmiali „Co wy tu stawiacie, pierwszy wiaterek przyjdzie i szlag je trafi..." Przy stawianiu sporo się uszkadzało, słaba była technika. Później dźwigi, sprzęt, ludzie się też wyszkolili i było lepiej...

Po odejściu Hanczewskiego, zostałem zastępcą kierownika, którym był Stanisław Budynkiewicz. Podlegali mi inspektorzy. Wtedy już zaczęły się inwestycje „studziesiątkowe". Jedna z pierwszych to była linia Szczecinek-Złocieniec.

Robił to „Elbud"z Poznania. Zaczęto mnie to wciągać. Kierownik budowy był „swój chłop". Wprowadzał mnie w te sprawy.

Gdy był odbiór tej lnii, to się zjawili ci z „eksploatacji" - Przewoźny, Samulski, Woś... Ten ostatni bardzo skrupulatny. Zrobił pomiar zwisu przewodów i stwierdził, że w jednym miejscu jest za mały, niezgodny z przepisami.

My tu siadamy protokół pisać, a Woś przyjeżdża i o zwisie mówi, że jest w takim to a takim miejscu koło tej górki... Zamieszanie się zrobiło, ale kierownik budowy uciszył towarzystwo i rzekł: „panowie, spokojnie, nie przejmować się, zaraz wszystko będzie OK". I puścił tam pod linię spychacze, które w pół godziny zrównały górkę i zwis się zgadzał...

Nadzorowałem między innymi budowę lnii Dunowo - Żydowo 220 kV, nową „studziesiątkę"w Białogardzie...

Tu ciekawostka - przy tej 220 kV po raz pierwszy do stawiania słupów użyto helikopterów...

Rozdzielałem nadzory, problem był, bo nie bardzo się nasi garnęli do „studziesiątek"... Woleli niskie napięcia. Może to była obawa przed zbyt dużą odpowiedzialnością...

Tadusz Żyliński: - Kiedy przyszedłem do ZE w 1974 roku, na „topie" była wówczas budowa „gepeztów". Nadzorowałem Silnowo, GPZ Szczecinek „Leśna" (1992), modernizacje GPZ w Drawsku i Złocieńcu, budowałem linie 110 kV... Linie wznosiły wyspecjalizowane firmy, m.in. ZWSE. To były słupy kratowe montowane na miejscu (lata 80-te).

Robili wszystko, od fundamentów... Moja rola polegała na trzymaniu tego w kupie i badaniu zgodności z dokumentacją.

Pamiętam pierwszy odbiór... Przyjechali nasi, obeszli linię i do mnie:

„Coś ty zrobił? Wszystkie słupy są pokrzywione... "No to ja człowieka z teodolitem biorę i mierzymy... Wszystko jest równo...

Oni po prostu nie mieli doświadczenia w odbiorach. Szli, mgła była, teren falisty, jak górka gdzieś z boku, to wrażenie takie bywa, że krzywo...