Opis obrazka 1
Opis obrazka 2
Opis obrazka 3
Opis obrazka 4
Opis obrazka 5
Start Rozbudowa i rozwój (1950-1990) Sieci,Rozdzielnie,GPZ-ty Droga przez mękę z...transformatorem

Nadszedł 1959 rok. Prace przy przeizolowywaniu linii Białogard-Koszalin nadzorował Henryk Nowosad. Wykonawcą inwestycji był „Samodzielny Oddział Wykonawstwa Inwestycji" z Poznania. Równocześnie trwały przebudowy rozdzielni w Koszalinie i Białogardzie.

- Zaczęliśmy robić wykopy pod rozdzielnię 110/15 w Koszalinie. Okazało się, że pod cienką warstwą ziemi znajdował się poniemiecki śmietnik. A w dokumentacji „stało jak wór, że grunt został zbadany.

Cały projekt nadawał się do kosza. Fundament miał być solidny, by utrzymać ponad 70-tono-wy transformator. Brygadzista zrobił raban, przyszedł do mnie i pyta: co robić? A terminy były bardzo napięte, bo do końca roku inwestycja miała być zakończona.

Poszedłem do dyrektora, a ten krótko: „załatwić sprawę". To było chyba trochę na zasadzie „jakeś taki mądry, to pokaż co potrafisz". Bo byłem świeżo upieczonym inżynierem, jedynym w Zakładzie z tytułem magistra.

Jako inspektor nadzoru musiałem sam podjąć decyzję. Niby mogliśmy wezwać projektanta, ale czas gonił... Kazałem więc kopać, aż trafią na grunt, całość poszerzyć, nawieźć pospółki z piasku z dodatkiem cementu, i na to laliśmy fundamenty.

Jednak największy problem był z transformatorem, który przywieziony koleją czekał teraz na bocznicy. Ważył 70 ton bez oleju, był wysoki i wywrotny. Nie było czym go rozładować. Ani tak mocnego dźwigu, ani tak dużej przyczepy do transportu nie było w Koszalinie i całym regionie. Jedno z koszalińskich przedsiębiorstw miało przyczepę, ale o nośności 40 ton.

Był też ciągnik. Tu 40, a tam 70 ton. Kombinowałem co zrobić. Liczył się czas, bo płaciliśmy „osiowe" za przestój. Duży problem techniczny, a zdecydować musiałem sam. I podjąłem ryzyko - dziś chyba bym się na to nie zdecydował. Nie całkiem na wariata, bo wiedziałem, że jak się projektuje tego typu rzeczy jak platformy transportowe, to tzw. współczynnik bezpieczeństwa ma pewien margines.

Był rok 1959, późna jesień. Dźwigu nie było, ale wpadłem na pomysł, by zbudować most z podkładów kolejowych miedzy wagonem kolejowym i przyczepą. Istniała obawa, że w trakcie przeciągania transformatora pod jego ciężarem może się przewrócić przyczepa samochodowa.

Znowu kombinacje... Pod przyczepę również położyliśmy podkłady, powoli wyciągarka przesuwała transformator i... udało się.

Przejazd przez miasto też nie byt łatwy. Końcówka była trudna - droga żużlowa i ta przyczepa zaczęła z jednej strony osiadać... Szybko podkłady, podkłady... i przechył zatrzymaliśmy. Niewiele brakowało, by transformator się przewrócił.

Udało się go postawić na miejsce, ale znów problem... Nie było kabla od stacji do rozdzielni 15 kV. To znaczy byt, ale się nie nadawał, bo końcówki przewodów były różne. Taki monter Polubowicz mówi, że nie będzie robił, bo kable nie pasują... Pojechałem tam, popatrzyłem, rzeczywiście różne... A to był spory „ćwiek", bo w grę wchodziły różne parametry związane z przepływem prądu.

Ale jako świeżo upieczony dyplomant, kwestie teoretyczne miałem wciąż w głowie i po kilku przymiarkach dopiłowaliśmy odpowiednio obie końcówki. Ten kabel trzyma do dziś!

Ta budowa to była dla mnie również lekcją „załatwiania" w dobie braków w zaopatrzeniu. Wszystko było prawie gotowe, brakowało tylko kabla do zabezpieczeń. Jak wiadomo, to bardzo istotna rzecz. Szukaliśmy w całej Polsce i... nic.

Postanowiłem uderzyć z „grubej rury". Pojechałem do Zjednoczenia Energetycznego w Warszawie, dostałem się do dyrektora technicznego, Jackiewicz się nazywał, i przedstawiłem problem. On na to, że prawdopodobnie jest taki kabel w elektrowni na wyspie pojechałem tam, ale najpierw złożyłem wizytę w magazynie, zobaczyć co i jak... Magazynier sprawdził.... Jest... Wtedy dopiero poszedłem do Okręgu Energetycznego w Warszawie i mówię tamtejszemu technicznemu, że pilnie potrzebuję takiego kabla.

No nie wiem - on na to - czy taki kabel jest... Widać było, że raczej niechętny... A ja, że byłem w magazynie i widziałem... No cóż, to przyjeżdżajcie i zabierajcie go sobie... To było tuż przed Nowym Rokiem. Ja stamtąd prosto do Zakładu i natychmiast wyjazd samochodem do Warszawy. Na Sylwestra nie poszedłem... Takie to były czasy, tak trzeba było się angażować, by coś załatwić...