Opis obrazka 1
Opis obrazka 2
Opis obrazka 3
Opis obrazka 4
Opis obrazka 5
Start Rozbudowa i rozwój (1950-1990) Elektrownie wodne:Pierwszy prąd Koniec kołobrzeskiej elektrowni

Rozbudowane zaplecze fachowe było niezbędne i z tego powodu, że zależność elektrowni wodnych od warunków naturalnych (np opady i stany wód, fale powodziowe), rodziła wciąż nowe problemy, także z dziedziny wodno - budowlanej. Akurat takich specjalistów brakowało wówczas (lata 50-te) najbardziej, a jak bardzo doskwierał ich brak, pokazuje przykład elektrowni wodnej w Kołobrzegu.

Na początku lat 50-tych ta elektrownia wciąż pracowała - wspomina Jakub Chmielewski - ale niezbędny był remont jazu spiętrzającego i przeciekających zasuw. Zrobiono projekt, który przewidywał przegrodzenie rzeki, a przez to osuszenie elektrowni. Wodę zamierzano skierować obok, drugim korytem koło młyna.

W 1952 roku zaczęto robić tę przegrodę, ale to było źle pomyślane... Nikt nie miał doświadczenia w takich projektach, a to spora rzeka... W końcu, kiedy zostały zaledwie 3 metry do całkowitego przegrodzenia, nadeszły ulewy i Parsęta wystąpiła z brzegów, porywając z nurtem całą tę niedokończoną przegrodę i wszystko, co tam było.

Kompromitacja zupełna... Żeby ją zatuszować, przerobiono daty w dokumentach, że niby te zasuwy celowo usunięto na żądanie wydziału gospodarki wodnej, wobec groźby zalania miasta. Wydział rzeczywiście wystąpił z takim żądaniem, tyle że już po katastrofie... I to był koniec kołobrzeskiej siłowni... Jak się okazało, że zasuw nie da się wyremontować, elektrownię odstawiono, elementy napędu w tym główny wał wymontowano i wypożyczono do innej elektrowni.

W dokumentach z 1952 roku, wzmiankowano o braku specjalistów z dziedziny
wodno - budowlanej. Pisano też o nieudanych próbach ściągnięcia takich fachowców z Gdańska i Szczecina. Przypadek kołobrzeskiej elektrowni i nieszczęsnej przegrody był też swego rodzaju nauczką, że gdy w grę wchodzą żywioły, nie można bawić się w inżynieryjne chałupnictwo.

W 1948 roku uporządkowano organizację energetyki. Dotychczasowe „Zjednoczenie Energetyczne Okręgu Pomorze Zachodnie", przemianowano na „Zjednoczenie Energetyczne Okręgu Szczecińskiego". Dyrekcji ZEOS podlegały 4 grupy elektrowni wodnych:

• Jastrowie (elektrownie: Jastrowie, Spalinów, Ptusza, Herby Duże, Łomczewo, Koszyce)

• Rosnowo (elektrownie: Rosnowo, Hajka, Rościno)

• Rosnowo (elektrownie: Rosnowo, Hajka, Rościno)

• Rejowice (elektrownie: Rejowice, Płoty, Likowo, Prusinowo, Trzebiatów)

• Gucisz (elektrownie: Gucisz, Międzylesie, Namyślin)

Trzy elektrownie wodne, tzw. niewydzielone, nie miały odrębnego kierownictwa i wchodziły w skład Okręgowych Zakładów Rozdzielczych.

W 1949 doszło do kolejnej reorganizacji, „Grupy" przekształcono w „Zespoły Wytwórni Wodnych".

W skład Podokręgu Białogard weszły elektrownie: Kołobrzeg, Rosnowo, Hajka, Rościno, Karlino, Pobądź i Niedalino (młyn).

Piętnaście, wówczas działających, podległych ZEOS elektrowni wodnych, wytwarzało jedną czwartą całej energii produkowanej przez Okręg (biorąc także pod uwagę elektrownie parowe w Szczecinie i Białogardzie).

W 1951 roku, Pomorze Zachodnie, w ramach nowej organizacji energetyki, przeszło pod zarząd Okręgu Zachodniego z centralą w Poznaniu. Zmieniło się też usytuowanie elektrowni wodnych. Pozostał tylko jeden wyodrębniony Zespół Jastrowie, a reszta elektrowni została podporządkowana Zakładom Sieci Elektrycznych. Kiedy w 1952 roku zlikwidowano ZSE Stargard, ZSE Białogard przejął elektrownię niewydzieloną

Każda naprawa starych mechanizmów to coś niepowtarzalnego i fascynującego - twierdzi Emil Strucki.

Na przykład, w Nowym Żytniku (początek lat 90-tych): - Wezwano nas tam, bo coś „tłukło", gdy turbina nabierała obrotów. Kawałek po kawałku rozebraliśmy wszystko. To były stare i piękne części... Okazało się, że pękła cewka elektromagnesu, a siła odśrodkowa powodowała, że uderzała o stojan. Teraz trzeba było mocno pogłówkować
Żadne instrukcje nie powiedzą, co zrobić. Liczy się pomysłowość i złota rączka. Użyliśmy kleju i z pietyzmem ponownie złożyliśmy wszystko do kupy.
Wyjątkowość tych urządzeń sprawiała, że nie było co marzyć o oryginalnych częściach zamiennych. - Nie produkowano w Polsce linki profilowanej do uzwojeń o wymaganych parametrach.

Nikt nie chciał podjąć się przezwojenia generatorów. Przezwoić uzwojenie stojana, to był wielki problem. Tam duże prądy, uzwojenie się nagrzewa, ważne, by izolacja przewodu była dobra.

Wiedziałem, że takie uzwojenie mogą mi zrobić w „Czerwonaku" (zakłady w Poznaniu), ale trzeba by im dać projekt i całą unikalną technologię. Zacząłem kombinować...

Pojechałem do fabryki kabli i tam zobaczyłem, że mają jakieś izolowane płaskowniczki o odpowiednich wymiarach i dające się profilować. Trzeba by je sztukować, ale gdyby to się udało, to miałbym upragnione uzwojenie. W „Czerwonaku" po namyśle stwierdzili, że da się zrobić... I zrobili...

Jan Wesołowski, mimo że większość swej kariery zawodowej w ZE zajmował się czymś innym, to jednak najsympatyczniej wspomina początki pracy, gdy skierowano go do remontów elektrowni wodnych.

- Naprawialiśmy turbiny ręcznie. Ściągało się stare łopatki, te zapieczone rozwiercało, smarowało i mocowało z powrotem. Łopatki najczęściej żeliwne, ale na przykład w elektrowni Płoty były łopatki drewniane. Świetnie się trzymały zakonserwowane przez wodę. Pierwszą moją pracą był remont Rosnowa. Dziewięć miesięcy w jednym miejscu. Pozostawili nas tam samym sobie. Wszędzie daleko, kiepskie wyżywienie
- sami musieliśmy je zdobywać.

Remontowaliśmy turbiny, suwnice, wszystkie części mechaniczne. Wprowadzaliśmy automatyzację, czyli elektryczne opuszczanie zasuw, zamiast dotychczasowego ręcznego.

Do połowy lat 60-tych, prawie wszystkie elektrownie miały już zautomatyzowane systemy opuszczania zasuw. Modernizacji poddawano również część elektryczną, zwłaszcza rozdzielnie z transformatorami

Niemcy z reguły budowali rozdzielnie wnętrzowe, co w razie awarii (po uderzeniu pioruna itp) stwarzało poważne zagrożenie dla przebywających obok ludzi. Modernizacja polegała głównie na przeniesieniu rozdzielni na zewnątrz i wymianie transformatorów na nowsze.

- Pamiętam - wspomina Czesław Brzeski (elektrownia Hajka) -uderzenie pioruna w transformator. Wyrzuciło z niego olej, który na nasze szczęście nie zapalił się. Po tym wydarzeniu zaplanowano wyniesienie transformatorów na zewnątrz, tak, jak to zrobiono w Rosnowie.

Inną modernizacją, podjętą kompleksowo w większości elektrowni, było wprowadzenie sygnalizacji domowej w elektrowniach i rozdzielniach. Dyżurni nie wychodząc z domu mogli na bieżąco orientować się w sytuacji. Krokiem dalej były plany wprowadzenia sterowania siłowniami z mieszkań personelu. Projektowano to m.in. w elektrowni Hajka, ale jak dotąd, nie udało się tych planów zrealizować.

Jednak to, co już udało się zrobić, pozwoliło na dość znaczną redukcję personelu obsługi elektrowni, a tym samym potanienie kosztów eksploatacji.