Opis obrazka 1
Opis obrazka 2
Opis obrazka 3
Opis obrazka 4
Opis obrazka 5
Start Rozbudowa i rozwój (1950-1990) Elektr. Białogard-dymiąca potęga Elita

Dopiero w latach 50-tych zaczęli się pojawiać młodzi ludzie już z jakimś wykształceniem - dwóch inżynierów i technicy: Henryk Vierek, Aleksy Weltrowski, Ryszard Nowak i kilku innych. Przychodzili do elektrowni z tzw. „nakazu pracy". Nawet kolejni dyrektorzy byli słabo wykształceni, poza pierwszym, a później głównym inżynierem - Zygmuntem Adamowiczem (wyższe niepełne).

Byłem zupełnie „surowy" - wspomina Józef Cieślak. - Nie miałem zielonego pojęcia o technice, elektryczności, o niczym... Zresztą mało kto z nowych pracowników cokolwiek „kapował". Ale był jakiś entuzjazm, chciało się pracować i uczyć. Swój chrzest bojowy jako elektryk przeszedłem... wymieniając żarówki, takie zwykłe, oświetleniowe. Przy każdym nieostrożnym ruchu śrubokrętem prąd „kopał" mnie ostro...

To też mówi o ówczesnym podejściu do spraw bezpieczeństwa pracy... Żadnych szkoleń, nauki... Zastanawiające, bo mimo to, w elektrowni obeszło się bez groźniejszych wypadków. Józef Cieślak rozpoczął pracę jako pomocnik elektromontera, potem kierowano go do bardziej złożonych prac. Chciał się uczyć, ale - jak twierdzi - były z tym problemy, bo np. brakowało szczegółowych instrukcji do urządzeń elektrownianych, nie było biblioteki technicznej.

Trzeba było podpatrywać jak daną robotę wykonują inni, bardziej doświadczeni. Wielu wyuczyło się przy Dietlu. Dla Olgierda Wojciechowicza to, że elektrownia sprawnie pracowała, to był swoisty fenomen. -Prości ludzie ze wsi- opowiada

- obsługiwali urządzenia do mechanicznego rozładunku węgla. Były biura konstrukcyjne, projektowe. Szybko się uczyli skomplikowanych zagadnień. Przy takim piecu była masa różnych kształtek.... i oni to odtwarzali. Traktowali robotę jak pasję

Ta nieustająca nauka praktyczna zawodu przynosiła zdumiewające efekty. Z zupełnie surowego materiału wyrastali fachowcy, nieraz wybitni. Część z nich sprawdziła się później w innych polskich przedsiębiorstwach energetycznych.

Ryszard Nowak podjął pracę w elektrowni w 1956 roku i jak ocenia, pracowało w niej wówczas około 300 ludzi. Byli to już, jak zauważył, „nieźli fachowcy, trochę elita". Elektromonter urządzeń elektrycznych siłowych, technik R.Nowak, z uśmiechem opowiada o swym trudnym wejściu w środowisko elektrowni.

Mimo, że „technik", a więc w ówczesnej hierarchii służbowej na wysokiej pozycji, traktowany był przez „starych" tak, jak inni młodzi stażyści, na zasadzie: „skocz młody po piwo".

- Jako „młodziak" dostawałem gorsze roboty i traktowałem to jako normalną kolej rzeczy. „Idź młody, tyś najzdrowszy...", albo „Tyś kawaler, więc wleź tam na górę... jak spadniesz to rodzina cierpieć nie będzie...", i tak dalej...

Białogardzka elektrownia przystosowana była do spalania węgla najwyższej jakości. Takim węglem palono pod kotłami w czasach niemieckich. Po 1945 roku nie trzymano reżimów jakościowych w tym względzie. Był i węgiel gorszych gatunków, a pod koniec lat 50-tych nawet miał węglowy. Wtedy jednak wiadomo już było, że dni elektrowni są policzone i nie przejmowano się zbytnio szkodami jakie to przynosiło.

Sercem elektrowni były dwa turbozespoły o mocy nominalnej ok. 14 MW, z tym, że „moc osiągalna" była niższa i malała z upływem czasu i dekapitalizacji urządzeń. (w 1951 r. - 13,2 MW; w 1958 r. - 11,0 MW). Turbozespoły zasilane były parą z 5 kotłów rusztowych i 2 okrętowych. Te ostatnie były w rezerwie.

Palono pod nimi w razie awarii któregoś z kotłów rusztowych. Pracą elektrowni kierowali czterej zmianowi „kierownicy ruchu", którym dyspozycyjnie podlegały działy: nawęglania, kotłowni, pompowni wody zasilającej i zmiękczalni, kondensacji i maszynowni (tj. 2 zespołów turbina-genera-tor), oraz rozdzielni: wnętrzowej 40/15/5 kV i napowietrznej 110/40 kV. „Kierownik ruchu" podlegał Zakładowej Dyspozycji Ruchu Zakładu Sieci, ale tylko w zakresie dysponowania mocą, zgodnie z poleceniami Okręgowej Dyspozycji Mocy.

Praca działów elektrowni odbywała się na trzy zmiany przez całą dobę. Jednocześnie na zmianie pracowało (łącznie z pracownikami rezerwowymi) około 90 osób. W dzień dodatkowo służbę pełniły działy obsługi technicznej: elektryczny, remontów i konserwacji kotłów i maszyn z warsztatem mechanicznym oraz laboratorium analiz ka-loryczności węgla, zmiękczania wody i analiz oleju.

Tzw. wyższe kierownictwo elektrowni stanowili jej dyrektorzy (kierownicy), w kolejności :

Zygmunt Adamowicz, Jan Łagucik, ,Jan Dobosz, Jan Szczepaniak, Marian Stocki, i w okresie schyłkowym po 1958 r. - Tadeusz Bogaczyński, Zdzisław Wudkowski, a także główny energetyk Teofil Majcher, postać ważna z racji zadań - gospodarka węglem, dokonywanie bilansów cieplnych i sprawności elektrowni.

Po 1956 roku, w ramach po październikowego poluzowania, zezwolono na tzw. oddolne inicjatywy. Taką inicjatywą - do jej autorstwa przyznaje się Olgierd Wojciechowicz, było podjęcie w elektrowni ubocznej produkcji pustaków z żużlu.

Elektrownia zużywała ogromne ilości węgla. Nawęglanie było zmechanizowane, ale odżużlanie nie. Palący się żużel spadał z palenisk wprost na podstawione pod rusztami taczki. Potem to wywożono rękami pracowników na hałdy. Tam to się dopalało... Pełno dymu i czadu...

Dostaliśmy technologię na te pustaki, ściągnęliśmy skądś wibratory i formy. Problem był z cementem. Bo dostawy przychodziły nieregularnie. Ale jakoś to się zaczęło kręcić i był z tego niezły zysk. Przeznaczaliśmy go na nagrody i premie. Po pustaki przyjeżdżali nawet z rzeszowskiego.

Przyszłość energetyki w skali kraju wiązano z budową nowych, wielkich elektrowni opartych o złoża węgla brunatnego. Ekonomiczniejszych i tańszych w eksploatacji, produkujących tańszy prąd. Siłą rzeczy niewielkie elektrownie, typu białogardzkiej, schodziły na margines. Przestano w nie inwestować, a niektóre likwidowano już w latach 50-tych, np. elektrownię zielonogórską.

Dla porządku trzeba dodać, że mimo wszystko na szczeblu Zjednoczenia rozważano możliwość modernizacji białogardzkiej siłowni. Jednak ostatecznie zrezygnowano z tych planów z powodu braku funduszy i wątpliwości, co do opłacalności całego przedsięwzięcia. Wzięto również pod uwagę usytuowanie obiektu, uniemożliwiające jego rozbudowę.