Opis obrazka 1
Opis obrazka 2
Opis obrazka 3
Opis obrazka 4
Opis obrazka 5
Start Odbudowa Energetyki (1945-50) "Zdani na siebie..."

Legitymacja pracownicza z 1946 rTymczasem w tzw. „głębokim terenie" osiedleńcy, póki co, zdani byli tylko na siebie i własną pomysłowość.

Drawsko Pomorskie odcięte było od dostaw prądu z zewnątrz, bo linia 40 kV dochodząca do Drawska od strony Węgorzyna była uszkodzona. Nie bardzo było wówczas (maj 1945 r.) wiadomo, co się wokół dzieje.

Posuwaliśmy się wzdłuż linii energetycznej 15 kV szukając jakiegoś źródła prądu -wspomina Kazimierz Maszczyk. - Jakieś 27 kilometrów od Drawska ujrzeliśmy jak zjawę jakąś, zanurzoną w lesie, pięknie położoną elektrownię wodną. Elektrownia była nieuszkodzona i gotowa do pracy. Na miejscu pozostała niemiecka załoga.

Naprawy wymagała wychodząca z elektrowni linia 15 kV. Dogadałem się z niemieckim maszynistą, że jego ludzie zaczną naprawiać linię idąc od strony elektrowni, a my ruszymy od strony Drawska

I tak też się stało, spotkaliśmy się wpół drogi, a miasto wreszcie mogło otrzymać upragniony prąd.

Kazimierz Maszczyk był pierwszym kierownikiem drawskiej placówki energetycznej. Po nim, w 1946 roku funkcję tę przejął na długie lata Edmund Czarnecki.

W Wałczu inicjatywa podjęcia szybkiej reelektryfikacji wyszła od delegatury rządowej. Przy urzędzie Delegata powołano „Biuro Energetyczne", które rozpisało na terenie miasta „pożyczkę zwrotną na odbudowę elektrowni". Każdy, kto zgłaszał się z wnioskiem o podłączenie do sieci, miał obowiązek wpłaty określonej kwoty pieniędzy.Dostawy prądu rozpoczęto pod koniec czerwca 1945 r. z pobliskich elektrowni wodnych (Dobrzyca, Jastrowie).

Kołobrzeg mocno ucierpiał w czasie walk. Jednak miejska sieć energetyczna, prawie wyłącznie kablowa, ocalała niemal nie naruszona, z wyjątkiem fragmentów samych przyłączy do zniszczonych budynków.O dziwo, również nie ucierpiały dwie elektrownie: parowa i wodna. Parowa mieściła się w obiekcie znanym później kołobrzeżanom jako „Marona" Wodna przy moście nad Parsętą za drogą prowadzącą w kierunku Trzebiatowa.

Miasto zasilane było prądem stałym -z pewnymi wyjątkami, np. elewatorów w porcie, lotniska wojskowego w Bagiczu, zakładów „Borowski". Do tych miejsc doprowadzano prąd zmienny trzema liniami (2 napowietrzne i 1 kablowa) z odległego o 30 km Gościna.

Część dostarczanej tą drogą energii przekształcono na prąd stały. Prostowniki i akumulatornia znajdowały się na terenie nieczynnej elektrowni parowej. Tu także była siedziba organizującego się Rejonu Energetycznego Kołobrzeg.

- Większość budynków była zasypana - opowiada J.Chmielewski. -Kable trzeba było sprawdzać na wyczucie. Chodziliśmy piwnicami... Całe szczęście, z reguły Niemcy w jednym miejscu budowali przyłącza wody, gazu i prądu... Zachowały się też schematy układu linii... Sukcesywnie, linia po linii, naprawialiśmy sieci kablowe...

Ulice Kołobrzegu oplecione byty pajęczyną drutów i przewodów. Użytkownicy prądu rozliczani byli ryczałtem: 50 zł od żarówki. Gdy zgłaszał się ktoś po prąd - wspomina J.Chmielewski, to brało się przewód telefoniczny i z najbliższego złącza, po drzewach, po oknach ciągnęło się go do klienta.

Linie ciągnęli też Rosjanie. Wysyłali swoich w teren, wycinali słupy równo z ziemią, a potem je w Kołobrzegu wkopywali i ciągnęli swoje linie, przeważnie do koszar, bez zbędnych ceregieli i zawracania sobie głowy uzgadnianiem tego z kimkolwiek z polskich władz miasta. Pomieszanie z poplątaniem...

Przy rozdzielni 40/15 kV w Gościnie stworzono brygadę sieciową, która obsługiwała znaczny obszar, m.in. Kołobrzeg, Kukinię, Rymań, Smokęcino, aż pod Sławoborze.

- Wynajmowaliśmy wóz i konia. Siadaliśmy w pięciu na furmankę i... jazda. Bywało, że kilka dni nie było nas w domu. Najgorzej gdy wichury były i zrywały się linie. Kilka wigilii w terenie spędziłem.

Koszalin zasilany był z trzech stron: linią 40 kV z Białogardu i od wschodu tą samą linią ze Sławna, oraz linią 15 kV z elektrowni wodnych w Rosnowie i Niedalinie (Heyka). Wszystkie te linie zbiegały się w rozdzielni wnętrzowej, przy ulicy Morskiej, tam po transformacji z 40 kV na 15 kV i z 15 na 3 kV energia przesyłana była siecią miejską do użytkowników.

- Linie już działały, ale tylko część Koszalina miała oświetlenie - wspomina Anatol Kowalewski. - Wszędzie były ruiny, rozbite skrzynki energetyczne, trzeba było się tym zająć. Mieliśmy „dekawkę", Rosjanie dali ciężarówkę, i tak to się zaczęło. Najpierw musiałem zorientować się „co i gdzie".

W rozdzielni znalazłem sterty schematów, jakieś plany, kalki itp. Zaczęliśmy odgruzowywanie, oczyszczanie skrzynek, remont stacji transformatorowych ... Najwięcej naprawiali Niemcy. Oni nas uczyli, gdzie wyłączyć , jak obsługiwać itp.

Praca była ciężka. Ogromny teren (Bobolice, Łapienica, Kołobrzeg), znikome środki transportu i brak łączności telefonicznej. Rower, potem motocykl („więcej go pchałem, niż nim jeździłem"), była „dekawka" kierownika Skuby, którą poruszali się także monterzy, wóz konny i to wszystko.

Wiele zdrowia i nerwów kosztowała praca w koszalińskiej rozdzielni w tych czasach. Jednym z dyżurnych stacji był Kazimierz Ławrynowicz , zdemobilizowany frontowiec.

-Dużo prowizorki, warunki pracy okropne, brak było nawet gumowych ochronnych rękawic. Były częste awarie powodowane wyładowaniami atmosferycznymi, zdarzały się fajerwerki w rozdzielni, eksplozje, nie raz rzuciło mną o ścianę, a wtedy cały Koszalin pogrążał się w ciemnościach.

Połczyn Zdrój, podobnie jak Kołobrzeg, zasilany był głownie prądem stałym. Energię dostarczały generatory miejscowego browaru.

Ale i tu Niemcy planowali szybkie przejście na prąd zmienny. Do miasta dochodziły dwie linie zasilające 15 kV z Białogardu i ze Świdwina. Była też rozdzielnia dostarczająca prąd zmienny do szpitala oraz do domów na kilku ulicach sąsiadujących z rozdzielnią.

Stanisław Kobiela przyjechał do Połczyna w lutym 1946 roku. - W uzdrowiskach mieszkali Rosjanie. Wcześniej powywozili całe wyposażenie, dywany itp . Browar był chyba nietknięty - „strategiczny" obiekt. W mieście przy ulicy Grunwaldzkiej był posterunek energetyczny. Monterzy jeździli po wsiach i naprawiali instalacje. W rozdzielni pracowała Niemka i jeden Polak.

W Szczecinku praktycznie nie było przerwy w dostawie prądu, mimo przejścia frontu. Zadbali o to Rosjanie przy pomocy niemieckich monterów, którym nakazano niezwłoczne stawienie się do pracy.

Początkowo prąd docierał do Szczecinka przede wszystkim linią 40 kV od strony Jastrowia, za pośrednictwem nowoczesnej - jak na ówczesne czasy - rozdzielni wnętrzowej i stacji transformatorowej 40/15 kV i 15/3 kV.

Już w 1945 roku w Szczecinku powstał Rejon Energetyczny, który przejął całość spraw związanych z energetyką. Po mieście krążyli inkasenci pobierając opłaty za używanie prądu - wspomina E. Rabinów.

Zainkasowane pieniądze odwożone były motocyklem do Białogardu albo, co często się zdarzało, kasjerka Rejonu Jadwiga Pietruszyńska zabierała gotówkę do domu i dla bezpieczeństwa chowała ją w piecu.

Grzmiąca, niewielka miejscowość w okolicach Szczecinka, była ważnym fragmentem systemu energetycznego Pomorza. Tu w rozdzielni wnętrzowej 40/15 kV zbiegały się 3 linie wysokiego napięcia 40 kV: z Rosnowa, Białogardu i Szczecinka oraz kilka linii 15kV. Na znaczeniu tego obiektu skorzystali mieszkańcy okolicy-od razu mieli światło . Początkowo rozdzielnie obsługiwali Niemcy, później stopniowo zastępowani przez Polaków.

Załoga liczyła kilkanaście osób - sama obsługa rozdzielni to 7-8 osób, do tego trzech strażników i 7-8 monterów brygady sieciowej.

W Barwicach kierownictwo miejscowej placówki energetycznej objął Zenon Przewoźny: - gdy nie było tu placówki, a byli jeszcze  Rosjanie, na ich polecenie naprawiałem zerwane linie. Robiliśmy to w bardzo prymitywny sposób. Nie było sprzętu, nie byto wielokrążków do naciągania linii. Przewody ściągaliśmy ręcznie, a łączyliśmy je skręcając na okrętkę. Gdzie brak było izolatora (oryginalnych nie było), to się wstawiało największy z możliwych - izolator.... telefoniczny Monterzy niemieccy musieli potem po nas poprawiać. Za głowę się łapali patrząc na naszą „robotę"...